Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Jam okuta w nowego buta!

czwartek, 31 stycznia 2008 16:02
Ochędożyłam mieszkanko, nakarmiłam głodnych i poinformowałam swoich współdomowników, że wychodzę bo mam w planie zakup butów.
Mam na to również fundusze. Zrobię to i już!
O dziwo, moje dziecko wyraziło chęć pójścia ze mną.
Powinnam od razu zwietrzyć w tym podstęp ale, że jestem z racji matczynej natury, po kobiecemu łatwowierna, dałam się wrobić.

Pojechaliśmy. Synuś najpierw zaciągnął mnie do Empiku.
Tam dokonaliśmy zakupu paru książek oraz czasopism.
To mieściło się jeszcze w naszej, dobrze pojętej, normie.
Nadprogramowo zostałam poddana takim oto sprytnym działaniom:

-Popatrz mamuś, płyta Kraftwerka! Tej nie mam. Zobacz jaka tania! Mówię Ci to klasyka muzyki elektronicznej! Od nich wywodzi się wszystko...

Cisza. Nic się nie odzywałam. Oglądałam w skupieniu okładkę. Klasyka....

-Oni byli pierwsi.. Szkoda... brakuje mi dwie dychy...

Znam te numery. Sama je stosuje z Mirkiem. Mój synuś, stwierdzam, jest prawie tak dobry jak ja! 
Pracował nade mną jeszcze chwilę. Wzdychał, wywracał oczyma, odkładał płytę, za chwilę brał ponownie i... dołożyłam.
Co się nie robi dla błysku radości w oczach własnej latorośli!
Akurat w to, że mu brakowało, to nie uwierzyłam! Składa kasę na różne elektroniczne ustrojstwa i nie zdziwiłabym się gdyby miał więcej oszczędności niż ja zamierzałam przeznaczyć na buty.
A nie zamierzałam wydać na nie mało! Postanowiłam nie żałować. Miały to być bardzo solidne, całoroczne czółenka. Skórzane, wygodne, klasyczne, pasujące do kostiumów i miały służyć na lata. Tak jak poprzednie z którymi już niestety czas się pożegnać.

Miały... bo oto nastąpił ciąg dalszy naszej wyprawy.
Opuściliśmy Empik i wpadliśmy na moment do MaxSportu. A tam wielkie obniżki! Wygrzebało moje dziecko spodenki do gry w piłkę oraz koszulkę na rower dla Mirka. Kupiłam. Rzeczywiście takie były im potrzebne.

Zostałam też zmuszona do przymierzenia butów do chodzenia po górach.
-Mamo, zobacz, to Gore-tex! Buty na całe życie
-Twoje są takie już stare i beznadziejne. A te? Super!
-Kosztują tylko 350 zł a warte są z pięć stów!
-Mamo to naprawdę okazja!

Cisza. Przymierzałam, oglądałam.... Buty naprawdę takie o jakich marzyłam. Prawdziwe trapery!
-No nie wiem...
-Zwariowałaś! Jak teraz nie kupisz to nigdy nie będziesz miała!
-W takich to możesz chodzić latem i zimą po górach.
-Mamo!!!!

 Pracowało nade mną moje dziecko.  Argumenty trafiały akurat na podatny grunt bo góry rzeczywiście kochamy oboje. Kupiłam!

I tym, że to sposobem zostało mi już niewiele na moje wymarzone czółenka a „nie wymarzonych” nie chciałam.

Wpadłam jeszcze do Sephory, którą uwielbiam i w której mogłabym spać. Popsikałam się tym i owym, nawąchałam i też coś wygrzebałam dla siebie... Pięknie zapakowali, dali darmowe próbki i mimo, że tam nie zabawiłam tak długo, jakbym chciała, bo synuś nerwowo przebierał nogami (to nie jego „rewiry”), to czasu wystarczyło aby wydać resztę mojej lewizny.

Wróciliśmy do domu. Bez moich wymarzonych czółenek i bez kasy na nie!
Sportowe trepy, nawet najwspanialsze, nie nadają się do kostiumów do pracy. Muszę odłożyć następną lewiznę. Wtedy pójdę na zakupy z Beatą lub Jolką!

Koniec wyjść do sklepu z facetami!
Chyba, że... to oni będą mieć kasę na wydanie...

komentarze (17) | dodaj komentarz

Pobalowo.

wtorek, 29 stycznia 2008 0:44
Nastąpił poniedziałek pobalowy.
A tak! I to po dwóch balach!
Tak jakoś mi się skumulowało.
Oba z tańcami! Jeden, w sobotę z żarciem „nie do przejedzenia” a drugi w niedzielę ze światową i wystawna wyżerką „nie do nazwania”.
Ma się tą kondycję! No cóż, droga młodzieży, lata ćwiczeń...

Trudno zatem wymagać od poniedziałku żeby był radosny.
Zwłaszcza, że przydzwonił mi z grubej rury- kursem z samego rana.

Pomyliłam miejsce odbywania zajęć i tam gdzie się rzeczywiście zaczęły przybiegłam mocno spóźniona.
Co najmniej przez godzinę zastanawiałam się czy, bardzo mądry, prowadzący pan, w ogóle mówi po polsku.
Podstawiono mi komputer pod zmęczony i zestresowany ryj i kazano hulać po klawiaturze nie bacząc na moje opóźnione reakcje!

Życie nie ma dla mnie litości!

Uwieńczeniem tak mile rozpoczętego dzionka była zguba czapki w tramwaju!
Nawet ona miała mnie dość. Zostawiła mnie, swój rudy szaliczek od kompletu i jeździ sobie tramwajką numer "1".

Jasne że mogło być gorzej!

Po co ja w ogóle piszę- przypomniałam sobie że postanowiłam nie lubić komputera! Nawet on był dziś przeciwko mnie!
Myślę że nie bez znaczenia jest jego rodzaj męski...

komentarze (30) | dodaj komentarz

Damą być, ach damą być...

sobota, 26 stycznia 2008 10:07
Znalazłam wreszcie czas by dorwać się do profesjonalnego makijażu.
Skłamałam! Wcale nie miałam czasu i tak prawdę mówiąc, to profesjonalny makijaż mnie dorwał.

Byłam w hipermarkecie, biegłam po koszyczek a tu miłe, uprzejme dziewczę zastopowało mnie sympatycznie i umówiło na posadzenie na krześle specjalistki. Tym, że to sposobem, po zakupach, załapałam się na nie lada gratkę, to znaczy na profesjonalny (za darmochę!) makijaż.
Pani (ciężko mi przychodzi takie dziecko panią nazywać) zrobiła najpierw podbudowę ideologiczną, to znaczy bardzo pozytywnie wyraziła się o rysach mojej twarzy oraz o potrzebie niezbędnych korekt, tudzież wydobycia na światło dzienne niewątpliwych atutów mojej urody.
Powiedziałam jej, że najlepiej bym się prezentowała jako całość, gdyby mi odessano tłuszcz tu i ówdzie, wydłużono nogi  oraz skrócono nos.
Słodkie, miłe dziewczę wzięło to za żart i skwitowało pobłażliwym uśmiechem.
Co to dziewczę wie?
Pani od makijażu, demontując „cudownymi” specyfikami warstwy mojego podkładu i odkrywając „szczerą” prawdę o mojej, niczym już nie ozdobionej twarzy, przystąpiła do analizy cery:
-Jakiego kremu pani używa?
-Żadnego... To znaczy... ja tylko do rąk i do stóp, ewentualnie balsam po kąpieli...
 Mówiłam prawdę a dziewczę patrzyło na mnie z coraz to bardziej ogromniastymi oczami:
-To nierozsądne! W pani wieku...

No, nie! Tym to mnie wkurzyła! Nierozsądne!
Akurat jedyne w co mnie natura wyposażyła dobrze, to cera, kompletnie nie wymagająca zabiegów.
Jasne, że wolałabym sylwetkę Kate Mose i długie nogi!
Ale mam co mam!
Tylko mojej mamie, która mnie bardzo starannie wychowała, zawdzięcza to dziewczątko, że jej nie trzasnęłam!
Poza tym to, nie mogłam kobiety obrazić bo, jak wcześnie wspomniałam, zmyła mi już mój makijaż a nie stworzyła jeszcze nic nowego.
Panienka (chyba!) tokowała dalej nie zrażona:
-Pani cera ma lekkie przebarwienia, które można bardzo łatwo uczynić niewidocznymi. Zapisuję wszystko pani na kartce. Tu są miejsca w których...

Nie, absolutnie jej nie słuchałam dalej!
Wymieniła (i zapisała) to co dla mnie jest bezwzględnie konieczne. Krem na noc i na dzień, pod oczy, wokół warg, na szyję, trzy rodzaje maseczek, krem korygujący coś tam i przeciwdziałający czemuś...
Omal jej nie uwierzyłam!
Doszła do podkładu. Zastosowała trzy różne ( nie licząc korektorów).
Dwa rodzaje cieni do powiek, kredkę do kresek i coś tam do jej lekkiego rozmazania, czarny tusz do rzęs, szminkę (moją!) i błyszczek.
 
Trzymała mnie na foteliku półtorej godziny ale, muszę przyznać, efekt całkowicie mnie zadowolił.
Dostałam „rozpiskę” na karteczce oraz całą masę próbek na pożegnanie.
Byłam zachwycona!
Trzasnęłam sobie nawet fotkę .

-Jak Ci się podobam?- zapytałam  małżonka jak tylko pojawił się w domu.
Mój, dawno temu wybrany z pośród innych, facet popatrzył na mnie w wielkim skupieniu i po chwili rzucił pytaniem:

-Byłaś u fryzjera?

I co tu komentować! Facet żyje ze mną tyle lat!
Moje rodzone dziecko, natomiast, wykazało się większą bystrością obserwacji i znajomością  fizjonomii swojej matki bo skwitowało mój wygląd następująco:

 -Masz takie coś dziwnego pod oczami. Takie białe czy srebrne...

Owszem! Miałam! To były te drugie cienie i odpowiedni podkład.
Miały mi powiększyć oczy i ogólnie rozświetlić!

Taaa... Półtorej godziny siedzenia na krześle, długa lista specyfików, cierpliwie znoszone uwagi (niesprawiedliwe!) o mojej cerze... a faceci nie widzą żadnego efektu!

Zadzwoniłam do Ani. Na nią zawsze mogę liczyć.
Przybyła natychmiast jak tylko się zwiedziała co mam na twarzy.
Powiedziała, że wyglądam fantastycznie.
Siedziałyśmy do nocy analizując karteczki i próbki.
Mirek zrobił nam po „fikołku” ale i tak nie zmył plamy jaką dał wcześniej.
Nie wyglądał też na szczególnie przejętego tym, że nie poznał się na światowym wyglądzie kobiety i dziele profesjonalistki.

Szkoda! Bo jakby, przykładowo, chciał naprawić swoje przewinienia to mógłby kupić coś z listy którą dostałam...

komentarze (39) | dodaj komentarz

Nic to... Nie pękaj!

czwartek, 24 stycznia 2008 13:15
Oj, dołożyła mi ostatnio codzienność.
Ten pech który miał dotyczyć, chyba tylko poniedziałku, u mnie posiadał rozrzut do środy.
Szkło mi się tłukło niesamowicie i to dodatkowo w bardziej skomplikowanym wyrobie.
Zniszczone zostały dwie kawiarki- jedna „gwiazdkowa”, druga z wcześniejszych zapasów.
Końcowym akcentem był niekontrolowany wytrysk z trzeciej i to prosto w moje oko.
Taki sobie fajerwerk podczas tłoczenia...

Oj, nie będę tłumaczyć budowy mojej kawiarki.
Całkiem możliwe, że to w ogóle inaczej się nazywa.
Istotne jest to, że kawiarki mają szklane pojemniki które się tłuką oraz tłoczek który trzeba wciskać w dół.
Zrobiłam to (zwalczając pełen opór) i spowodowałam... wytrysk!
Oko czerwone i bolące, bąbel na skroni, kawa we włosach...
O pracy ze świadomością swojego wyglądu oraz defektem oka- nawet nie wspominam.

Popołudniu, gdy już prawie zapomniałam ranne przypadki, pojechałam z synkiem po antyramy.
Specjalnie dla jego prac wykonywane, o nietypowych wymiarach ale za to w typowym miejscu czyli w Śródmieściu.
Dalej mogłabym już nawet nie opisywać bo można się domyślić.
Nie było gdzie zaparkować, za to korkowo, nerwowo, zimno, wietrznie... i antyrama nie wytrzymała i... pękła!
Odganiałam pech, nawet klepnęłam zdrowaśkę, powiedziałam sobie „nic to...” ale niepokój, jak potłuczone szkło, tłucze się we mnie nadal.
A jak tak rozrzut pecha będzie większy?
I jutro będzie apogeum?

Czy ktoś coś powiedział?
Co? „Nie pękaj!” To nie ja pękam!

komentarze (28) | dodaj komentarz

Jestem wariat- oddać mnie na komisariat!

poniedziałek, 21 stycznia 2008 17:19
-Mama gdzie?
–Siedzi przy komputerze.
–Pisze?
–Gdzie tam! Lampi się w statystyki!

(O kabel jeden! Wszystko słyszę! A co? Nawet samemu z kompem podumać nie można?)

–Jakie znowu statystyki?
–Wiesz, z tego konkursu blogowego. Zwinęła Ci nawet komórkę żeby na siebie zagłosować! A teraz siedzi i duma...
–Że niby o czym?
–Najpierw przegrała z chorymi dziećmi.
–O Matko Boska! Z kim ona się ściga? Mało jej jeszcze?

( Wcale się nie ścigałam! Dobrze wiem że takie blogi powinny być czytane i doceniane! Przeżyłam lata piekła w szpitalu, te wszystkie chemioterapie, radioterapie, przeszczep... Wiem jak ważne mieć wtedy wsparcie innych ludzi...)

 -Wtedy jeszcze nie gderała. Zaczęła jęczeć gdy w rankingu przegrała z 84-letnią kobitką! Ale żebyś tato wiedział jaki ta staruszka ma blog! Jak portal! Bije mamę na łeb!

(No i dobrze! Może i ja z wiekiem się rozwinę...)

-Ostatnio zrzuciło ją w dół małżeństwo dwóch facetów!

(Zgadza się! Dwaj królewicze! Odsadzili mnie o całe lata świetlne!)


–Co? Gdzie ona łazi? Po jakich stronach? Dwóch facetów? Małżeństwo?
–Trza jej te strony zablokować! Jak małym dzieciom treści erotyczne!
–Mówię ci tato, jej się coś podziało! Sam słyszałem jak namawiała Ciocię Elę aby słała sms-a!

(No nie! Za chwilę przestanę udawać że nic nie słyszę! A gdzie tolerancja na mniejszości? A gdzie wsparcie rodziny? Jak tam wpadnę...)

–Tato, strach kumpli do domu wpuszczać. Ona gotowa jest agitację przeprowadzić...
–Blokujemy jej bloga!

Koniec przekazu!
Następny będzie jak zdejmą mi kaftan bezpieczeństwa.

Ach, jeszcze jedno.
Kali już się  nie cieszy bo... chyba mu zarąbali blaszkę.
Czy ja jestem jeszcze normalna?

komentarze (29) | dodaj komentarz

Czy leci ze mną pilot?

niedziela, 20 stycznia 2008 21:50
Mam w domu cenzurę.
Sama ją sobie wyhodowałam, własną piersią wykarmiłam a potem osobistym nakładem pracy spowodowałam żeby urosła i zaczęła udzielać porad.

Po pierwsze cezura oprotestowała moje pisma.
Dopuściła tylko parę tytułów- resztę orzekła że komercja i szmelc.

Po drugie cenzura uważa że powinnam czytać tylko to co wartościowe a nie to co wpadnie mi w łapy.
Cenzura nie dopuszcza nawet myśli, że ja już nie chcę się „rozwijać” a tylko odsapnąć a najlepiej mi to wychodzi przy czymś ,co dla cenzury, jawi się jako  chłam i badziewie.

Po trzecie cenzura czepia się gdy włączam TV żeby pooglądać „byle co” bo mam czas i chcę poleżeć z pilotem.
Jasne, że wolałam bym z przystojnym lotnikiem ale mam takiego pilota na jakiego mnie stać.
Cenzura twierdzi, że filmy w TV to dopiero „przerąbana komercja” (tego słowa cenzura używa najczęściej), są płytkie „zabiegane” i „zagadane”.
Należy sobie sporządzić listę rankingową filmów, które chce się obejrzeć i włączać TV tylko wtedy jak je dają.
Z innych programów cenzura dopuszcza tylko „szkło kontaktowe” i transmisje sportowe (na żywo!).
Cenzura mnie podsumowała , że jestem niewyrobiona muzycznie i dodatkowo w tym względzie całkowicie  „niereformowalna”.
Powiedziała, że czasami mam tylko przebłyski!
Seriale cenzura nie komentuje bo nawet przez myśl jej nie przechodzi, że taki chłam można oglądać! Ktoś normalny już od pierwszych dialogów powinien mieć odruch wymiotny!

Tak sobie leżę z tym pilotem (Och, jak on szybko reaguje na mój dotyk...), ignoruję pobłażliwy uśmieszek cenzury, pykam, pykam i myślę...
Mam ze sześćdziesiąt programów i naprawdę nie ma na czym oka zatrzymać....

komentarze (15) | dodaj komentarz

O tym jak to Sieku pobłądził w systemie.

sobota, 19 stycznia 2008 2:17
Był u nas Sieku- to kolega syna z podstawówki, posiadający niezwykły talent (tudzież umiłowanie) do wszelakiej elektroniki.
Sieka sprowadza się jak zaczyna nawalać komputer, komórka, dvd... „Rozklini” wszystko!
Naprawił kiedyś komórkę mojemu mężowi.
Oj, wtedy mi naprawdę zaimponował! Komórka moim zdaniem zupełnie „nie żyła” a on ją rozłożył na części i reanimował głównie... suszarką do włosów.
Sieku jest cierpliwy i systematyczny.
Sam się nauczył programowania w C++, składa i unowocześnia komputery wszystkim wokół i w ogóle ratuje sprzęciory z różnych opresji.
Jest genialny!

Jednak szkoła ma o nim zupełnie inne zdanie.
Nijak się na nim nie poznali! 
Oficjalnie jest uczniem technikum wieczorowego ale Sieku w szkole rzadko bywa. Pytam ostatnio:
 - Jak tam oceny na koniec semestru?
 – Mam pałę z historii (myślę, że jedną z wielu). Ona pyta tak że nigdy się nie wie...
 –Może powinni Ci zadawać łatwiejsze pytania? Sieku! A kiedy była bitwa pod Grunwaldem?
 – Mamo, daj mu jakiś rozrzut- wtrącił synuś niby żartem- On ma zdać na dopka!
 –Dobra! Możesz się pomylić o trzysta lat.
– 1914?
–Byłeś blisko...

Dowiedziałam się, że z „polaka” jest u Sieka jeszcze gorzej!
Otóż, umie on tylko mitologię ( nawet zna „Antygonę”) bo uczy się tylko na początku.
Sieku naprawdę bardzo chce tylko potem nie nadąża....
I tak, od mitów zaczynał w podstawówce, potem miał to w gimnazjum.
Utrwalił sobie w zawodówce i prawie wykuł na blachę w technikum.
Resztę dziejów literackich przeleciało przez niego nie zostawiając śladów.

Ja chyba też zapomniałam...
Niech mi ktoś przypomni  -   co za mądry minister wydumał taki system edukacji gdzie cztery razy zaczyna się wszystko od początku?
Normalnie zrobili to chyba na złość Siekowi!


p.s.
K'woli ścisłości- to ja mam wykształcenie techniczne i nic do czynienia z uczeniem historii czy polskiego! Mam dziecko...

komentarze (18) | dodaj komentarz

Masz wiadomość

czwartek, 17 stycznia 2008 13:09
Nie mieli racji Ci, którzy twierdzili, że konkurs to nie jest zabawa.
Owszem-jest i to pełna niespodzianek!

Wczoraj dostałam od Janusza wiadomość, że próbował zagłosować sms-em na mojego bloga.
Wklepał numer i otrzymał sms-zwrotny od organizatorów konkursu, mniej więcej, takiej treści:
 „Oddałeś głos na blog: OSTRO-PORYPANA....(coś tam coś tam) kropka  pl......”

Podejrzewał biedak, że ja dla złudnej sławy oraz, w opacznie pojętych celach marketingowych, zmieniłam nazwę bloga i podszywam się pod małolaty.
Wszystko wszystkim... ale Porypana? Ostro?
Sprawa się wyjaśniła- pomylił numer!
Mój to A01575 natomiast Januszek wklepał A01573 i jak to w życiu, pełnym niespodzianek, bywa- wzbogacił konto ostro-porypanej.
Znalazłam blog o takowym numerze. Można sprawdzić- ma rzeczywiście taką nazwę i należy do całkiem sympatycznego dziewczęcia- studentki.
Jest ona w tym wieku, że mile widzianym jest porypanie. Nawet ostre!

Przejrzałam swoje statystyki i okazało się, że znalazłam się w pierwszej dwudziestce!
Zachwycona tym faktem, pokazałam to z dumą synusiowi.
A niech wie, że matka jeszcze całkiem „medialna”!
On mi tymczasem sypnął z tzw. „grubej rury”:
 -Cieszysz się jak Kali blaszką!

Nie, absolutnie mnie tym nie zmroził!
Rzeczywiście się cieszę!
I w tym momencie serdecznie dziękuję sprawcom tej radości- czyli wszystkim, którzy nie żałowali 1,22 zł i wysłali na mnie sms-a!
Chciałabym jak Doda krzyknąć: „kocham Was!”, ale to bardziej pasuje do porypanej (i to ostro!).
Tak, że ograniczę się do: :Bardzo, bardzo dziękuję!
Rzeczywiście się cieszę....
Jak Kali blaszką...
cokolwiek to znaczy...

komentarze (29) | dodaj komentarz

A ja znowu o kulturze...

środa, 16 stycznia 2008 18:56
Styczeń jest zdecydowanie nudny i nieciekawy mimo że w roku to on jest niby „number one”.
Kiedyś to pewnie były bale karnawałowe.... ale ja się na takowe nie załapałam.
 Dobrze, że chociaż dzięki Lidce bywam, a jakże, w wielkim świecie.
Załatwiła mi bowiem znowu bilety do teatru.
Tym razem na „Szalone nożyczki”.
Oczywiście, że do „Bagateli”, oczywiście że było warto tam pójść i oczywiście, że była to komedia najwyższych lotów!
Zastanawiam się nawet czy taka spora dawka kultury mi nie zaszkodzi- chyba dla równowagi obejrzę jakiś brazylijski serial.

A sztuka była nie byle jak bo   i n t e r a k t y w n a !
Interaktywna- znaczy się taka, że od pewnego momentu publiczność decyduje o dalszym jej przebiegu.
I teraz powinnam dodać parę wykrzykników („Cudownie!” „Bosko!” „Wspaniale!”) następnie zamknąć dziób i nie robić reklamy „Bagateli”.
Po pierwsze dlatego, że ona jej nie potrzebuje (dostać się na spektakl i to w pierwszych rzędach graniczy z cudem).
A po drugie nie płacą mi za to.
Mało tego- to zgarniają taką samą kasę ode mnie jak i od wszystkich.
Żeby choć sms-a na mnie wysłali...

komentarze (18) | dodaj komentarz

Fotki rozwodowe

poniedziałek, 14 stycznia 2008 20:14
Wczesnym rankiem, jak nie pracowałam jeszcze na pełnych obrotach, zaskoczył mnie w pracy Grześ:
-Mam dla ciebie zdjęcia z Pragi. R O Z W O D O W E !!!!!! Pogadamy o 15.
Mrugnął znacząco, następnie trzasnął drzwiami i  wyszedł na konferencję.
Lubię Grzesia. W Pradze byliśmy grupą przyjaciół z pracy na wycieczce.
Całe dzionki intensywnie zwiedzaliśmy a wieczorami zawsze znajdowały się powody aby kłaść się bardzo późno.
Zwykle grupowaliśmy się w jednym z hotelowych pokoi przy gitarze, wódeczce... Oj, działo, się działo!

Czy powinnam się czegoś obawiać? Czy ja wiem...
Świadomie i z premedytacją nie zrobiłam nic a nic!
Utrata świadomości nie nastąpiła.
Co też mogło być na tych zdjęciach?
Grześ powiedział: rozwodowe!
I ten jego uśmieszek... Pewnie coś spreparował.
W dzisiejszych czasach to nie takie trudne.

Photoshop, corell i te rzeczy.
Wkleić można wszystko!
No to miałam zgryz!


Zrobiła się dziesiąta- wypiłam pierwszą kawę.

A jak mój ślubny to zobaczy?
Nigdy nie wiadomo jak chłopina zareaguje.
Może okazać się, że on jest raptus jakowyś.
Jak go znam to w fundamentalnych sprawach jest zasadniczy.
A nuż nie będzie chciał słuchać moich tłumaczeń tylko uwierzy w to co zobaczy na fotce?
Wiadomo! Facet!

Dodatkowo to syn zawziętego górala i mściwej ukrainki!
Wprawdzie góral ciut nizinny a ukrainka spod Przemyśla- ale geny to geny!
Nie, on mi nie daruje!


Zrobiła się dwunasta. Druga kawa.

Och, rozwody też są dla ludzi.
Ileż ja znam wspaniałych dziewczyn co po rozwodzie jeszcze wypiękniały.
Mało! Poszły w biznes- i to z powodzeniem!
Taka Kinga Rusin,  przykładowo!
Dopiero jej skrzydła urosły jak partnera w tańcu zmieniła.

No, ale ja kocham tego swojego ślubnego...
Oj, nie muszę być taka sentymentalna.
Tym go nie odzyskam!
Po rozwodzie będę miała czas tylko dla siebie.
Synuś mądry i samodzielny- zrozumie walkę odrzuconej kobiety.
Schudnę, zadbam o cerę, paznokcie, ubiór...

Tymczasem, jeszcze chwilowo- mój ślubny- niech trafi na jakąś wredną blondynę.
 Nie dość, że durną to jeszcze wyjątkowo kosztowną.
Niech zobaczy ile szyk i wdzięk super-blondyn kosztuje.
I jeszcze żeby nie znosiła Led Zeppelin!
Wtedy wróci do mnie i będzie błagał...

Trzecia godzina. Pojawił się Grześ.

Rozbawiony, od drzwi macha mi fotkami, rzekomo, rozwodowymi.
Oj, facet, nic nie wie, że zdążyłam już opracować plan operacyjny „Tajfun I” ratujący moje zagrożone małżeństwo!
I cóż było na fotkach?

Na pierwszym planie łóżko hotelowe, w tle szczelnie zasunięte kotary...
Na łóżku, a jakże, mężczyzna i kobieta...
Kobieta- to ja! Spoko- w pidżamie!
 Obok mnie siedzi Byniutek... z gitarą.
Fotka pokazuje jeszcze Beatkę która tańczy i Alę która śpiewa oraz rękę... chyba Piotrka.

No to mnie Grześ zawódł- nic z mojego, tak dopracowanego w szczegółach, planu!

 –Przeszukaj Grześ jeszcze swoje zasoby z fotkami dokładniej. Może znajdziesz coś mocniejszego bo na tej podstawie nikt mi rozwodu nie da...

Grzesiowi szczena, po tych moich słowach, opadła.
Oczy zrobiły mu się wielkie i zdziwione.
Na co on liczył! Na szantaż ?
Oj faceci, faceci... A mnie się taki plan zmarnuje..

komentarze (31) | dodaj komentarz

Znowu Mayday

czwartek, 10 stycznia 2008 18:09

Dzisiaj  nie będzie zapowiadanego wykładu o reklamie.

Autorka bloga nie znalazła odpowiedniej osoby do jego przeprowadzenia.

Wszyscy kompetentni pewnie już w Irlandii.

Natomiast pogadamy o sztuce.

Całkiem niezłej sztuce! A jakże- uczynimy to bardzo kulturalnie.

„Mayday II”- mam bowiem zaliczone.

Załapałam się na spektakl w sobotę.

Zabawa przednia!. Śmiechoterapia najwyższych lotów! 

Początkowo myślałam, że to będzie to powtórka  „Mayday I” i tak się zanosiło!

Ale zakończenie- majstersztyk!

Nic więcej nie powiem. Jak będzie okazja- iść i oglądać!

Nie ma się co bać- to żadne dzieło wielowątkowe, wielopłaszczyznowe, wiekopomne i przekazujące „bówiejakie” prawdy dla ludzkości.

 Jak ogląda się takie sztuki jak „Mayday” to tak, jakby wyjadało się wisienki z tortu albo chlipało samą śmietankę z cappuccino!

Wiadomo że tym człowiek się nie naje- ale za to jak rozkosz podniebienia!  

A ja jestem  łasuch na te rzeczy….

komentarze (31) | dodaj komentarz

Nasz klasa

niedziela, 06 stycznia 2008 1:01
Pogadamy o konkursie na „Blog Roku 2007”.
Okrzyknięto go bratobójczym- i oczywiście, że takim jest!
Młode pokolenie ruszyło gremialnie i szturmem- można to sprawdzić: co drugi blog konkursowy założyła osóbka poniżej 16 roku życia.
I od nich trzeba się uczyć!
Są tam blogaski, blogusie i wszystkie są supcio i zarąbiste!
Dziatwa jest po prostu po europejsku hodowana!
Wiedzą, że życie to wyścig szczurów i że kto stoi to ewidentnie się cofa.
Uczą się o autopromocji, asertywności, reklamie, marketingu, public relations.
 Wiedzą jak napisać CV, list motywacyjny, biznes plan, jak planować karierę.
 Kapitalizm pełną gębą!
A my co? Jeszcze w socjaliźmie?
Na co liczymy, że przyjdzie Gierek a my mu tylko pomożemy?
Do was mówię!
Nie wiercić się i nie ziewać- to nie koniec wykładu!
Dosia nie machaj nogami pod ławką- widzę to!
Pandorra, nie chowaj się za monitorem! Pójdziesz jako pierwsza do odpowiedzi!
 Randdal- nie pisz po ławce swoich bluźnierstw!
A czy Azjatka i Pogoda mogłyby wreszcie przestać gapić się w okno?
Poczwarka, co ty znowu czytasz pod ławką?

Zgłosić się w szranki konkursowe i już!
Iść z postępem!
Prawda jest taka, że jesteście niezwykle zdolną klasą i jeżeli ktoś powinien wygrać to któreś z was!
Czy ktoś w ogóle mnie słuchał?

To był pierwszy wykład z cyklu” Marketing dla opornych”.
W przygotowaniu: „Reklama dla wyjątkowo topornych”.

Dziękuję.

komentarze (54) | dodaj komentarz

I już po...

czwartek, 03 stycznia 2008 19:06

Przeżyłam święta, choć wierzcie, nie było łatwo.

Wyszłam cało a nawet wzbogacona o … kilka kilogramów.

Nie będę dociekać ile żeby się nie pogrążać!

Wydostałam się nawet, o przyzwoitej porze, ze 190 tysięcznego tłumu ma rynku.

 

 Mówi się teraz o poświątecznej traumie i coś w tym jest!

Na przyszłe święta nie dam się zwariować.

Zrobię tak jak, niedościgniona w celnych pomysłach, Pandora- porządki ograniczę do opróżnienia kosza na pulpicie!

Żadnych wzmożonych zakupów, potraw w ilościach „nie do zjedzenia”, nawet prezentów!

O właśnie ! Prezenty!

Wiadomo wszystkim, że mam szczególną słabość do Iśki- mojej chrześniaczki.

Ale żeby mi aż tak odwaliło.

Kupiłam jej obrzydliwie komercyjne, różowe koniki Pony  bo stanowiły szczyt marzeń jakie miał spełnić aniołek pod choinką .

Tylko Iśka i jej sześcioletnie uwielbienie dla różowego koloru,  mogły spowodować, że zapłaciłam za to, koszmarnie drogie, paskudztwo- własnymi, osobiście  zarobionymi pieniędzmi.

W ubiegłym roku dostałam „Historię piękna” Umberto Ecco, natomiast niedawno pojawił się drugi tom „Historia brzydoty”.

I taki prezent właśnie znalazłam pod choinką.

Isia powiedziała, że ta książka do mnie nie pasuje.

Nawet przez myśl by jej nie przeszło, że ja to wolę niż piękne różowe koniki…. 

Ja też sądzę, że o ile „Historia piękna” to prezent dla mnie idealny to drugi tom ... niekoniecznie.

komentarze (26) | dodaj komentarz

Licznik odwiedzin: 358405

Który dzisiaj mamy?

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 07.01.2010 21:30:49
  • autor: tercia.nelly
  • treść: siemka! fajny blog. ...

Statystyki

Odwiedziny: 358405
Wpisy
  • liczba: 144
  • komentarze: 7103
Bloog istnieje od: 1131 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 27.08.2008 21:32:55
  • autor: BeKaeSiak
  • punkty: 80
  • treść: bo tak o :)...